Ostatni maraton

Fragment mojej ksiażki „Ostatni maraton”

Na obczyźnie

Od momentu przekroczenia granicy biegłem zwykle od świtu do nocy. Wolno zmierzałem w kierunku Berlina. Z drogi widziałem jedynie podmokłe pola, a na nich robotników w gumiakach, którzy wybierali z błota jakieś warzywa. Sypiałem w kajaku przy stacjach paliw. Było ciasno, ale nie mogłem narzekać. Pocieszałem się nawet, że te niedogodności służą słusznej sprawie. Gdy było mi bardzo nie-wygodnie, przypominałem sobie dawną wycieczkę do Oświęcimia. Tam, w obozie koncentracyjnym, widziałem straszne rzeczy. Małe i ciasne karcery, w których zamykano często po kilku więźniów…

W Berlinie ustaliłem sobie kilka krótkich przystanków, m.in. na zrobienie fotografii przy Bramie Brandenburskiej. Dopiero wieczorem udało mi się dotrzeć pod polski konsulat, jednak nie zadzwoniłem do furtki. Kajak na nocleg zaparkowałem pod pobli-skim kościółkiem. W nocy było dość spokojnie, mimo to spałem bardzo czujnie. Raz tylko słyszałem w pobliżu kajaka jakieś kroki, które szybko się oddaliły.

Następnego dnia o świcie wróciłem pod konsulat. Zostałem tam bardzo ciepło przyjęty. Pracownicy placówki pomogli mi wymienić łożyska w kołach wózka, a kobieta pełniąca funkcję rzecznika praso-wego instytucji przywiozła mi z miasta całą reklamówkę prowiantu. Na pamiątkę wizyty otrzymałem koszulkę „Solidarności”. Zdaje się, że pracownicy konsulatu to byli ludzie prawicy.

Za Berlinem zmienił się nieco krajobraz. Trzeba było biec po pagórkach, a droga wiodła ciągle przez las. Pewnego razu spotkałem na drodze strażnika parku, który został tam wezwany, by zastrzelić potrąconą przez auto sarnę. Na oczach świadków w odstępie około 24 minuty wykonał aż trzy strzały z rewolweru. Nieszczęśnik tak się denerwował, że nie potrafił od razu ulżyć zwierzęciu.Dalej, w niewysokich górach, spotkałem się z kierowcą ze Ślep-ska, który wręczył mi zegarek przekazany mu przez syna szefa. Był to wielki i ciężki sprzęt z rozbudowanymi funkcjami. Miał m.in. wysokościomierz, barometr, termometr i kompas. Na mojej ręce wyglądał trochę jak budzik, a może raczej jak zegar z kukułką. Po kilku dniach oswoiłem się z nim jednak i doceniłem jego funk-cje. Zacząłem korzystać z kompasu, zwłaszcza w tych miejscach, w których drogi krzyżowały się lub skręcały.

W Niemczech deszcz dał mi nieźle w kość. Po niedługim czasie takiego biegu w ciągłym deszczu wszystko miałem mokre. Nawet moja goreteksowa kurtka całkiem nasiąkła wodą. Ulewy minęły po jakimś tygodniu, kiedy ja wbiegałem właśnie do Holandii. Ten malutki kraj przebiegłem w jeden dzień. Po około 24 godzinach byłem już w Belgii. Znacznie się ochłodziło. Mocno bolały mnie nogi, zwłaszcza stopy. Myślałem wtedy o uchodźcach. Oni to, uciekając ze swoich krajów, często przez wiele dni maszerują z resztką własnego dobytku na plecach, w rękach lub na wózkach. Nie są maratończykami i nie mają na nogach profesjonalnego obuwia…

W Holandii i Belgii było pełno ścieżek rowerowych, dlatego czułem się tam naprawdę bezpiecznie. Dni mijały, a jeden podobny był do drugiego. Pobudka o 5.30, potem przygotowywanie się do drogi, które zajmowało 10 – 15 minut. Podczas pierwszych 30 minut biegu odmawiałem poranną modlitwę, a później w marszu jadłem śniadanie.

Wszystkie posiłki spożywałem w marszu, co pozwalało mi przebiec każdego dnia średnio o 5 km dłuższy dystans, niż gdybym zatrzymywał się w drodze. Aby nie męczyć żołądka po posiłkach, również przez jakiś czas szedłem. Śniadanie i marsz dawały w sumie kolejne pół godziny. Biegnąc przez następne trzy godziny, odmawiałem zwykle dwie części różańca.

W gorące dni wodę piłem co 30 minut, a w chłodne co godzinę. Drugie śniadanie spożywałem około godziny 11.00, także w marszu. Potem znów biegłem przez trzy godziny. W tym czasie odmawiałem Anioł Pański w intencji zmarłych oraz znów dwie części różańca. Obiad też spożywany w marszu — wypadał około godziny 14.30. Po nim następne trzy godziny bie-gu. Podczas nich prosiłem Boga, by zechciał pocieszyć tych, którzy stracili bliskich na wojnach. Odmawiałem Koronkę do Miłosierdzia Bożego i dwie części różańca. Podwieczorek jadłem około godziny 18.00. Po nim czekały mnie ostatnie trzy godziny biegu, co oznaczało jeszcze dwie części różańca.

Przed zachodem słońca zwracałem się do Matki Boskiej z modlitwą Pod Twoją Obronę. O 21.30 kolacja, czyli piąty i ostatni posiłek w ciągu dnia. W tym czasie rozglądałem się już za odpowiednim miejscem na nocleg. Po godzinie 22.00 zwykle szykowałem się już do snu. Jeśli była taka potrzeba, przeprowadzałem niezbędne naprawy, tj. podklejałem buty, zszywałem porwane rzeczy. Spałem mniej więcej siedem godzin na dobę, czasem krócej. Średnio co trzy dni odwiedzałem sklep, aby uzupełnić prowiant. Dzięki takiemu rozkładowi dnia po tygodniu dotarłem do Brukseli.

Zdecydowałem się w niej na krótki postój w ambasadzie. Potem ruszyłem dalej, do Francji. We Francji na niezwykle ruchliwych drogach zwykle brakowało pasa awaryjnego. Biegłem więc poboczem lub skrajem jezdni. Już pierwszego dnia zainteresowała się mną policja. Najpierw chcieli mnie zawrócić do Niemiec, ale w końcu kazali się tylko trzymać jak najbliżej krawędzi asfaltu. Po kilku dniach dotarłem do Paryża. Jedna z dzielnic zaskoczyła mnie tym, że mieszkali w niej jedynie czarnoskórzy. Obawiałem się ich reakcji, wydawali mi się niezbyt przyjaźni. Jednak po krótkim czasie gromadka dzieci przyłączyła się do mnie. Najpierw towarzyszyły mi w biegu, później wskakiwały na kajak, by sprawdzić, jak się na nim jedzie. Uśmiech na ich twarzach gwarantował mi przychylność rodziców. Wreszcie dotarłem do centrum, a wieczorem — pod samą wieżę Eiffla. Tam zrobiłem kilka zdjęć i krótki filmik. Na nocleg rozłożyłem się pomiędzy autami na parkingu przy Polach Elizejskich. Wcześniej zadzwoniłem do miejscowej ambasady. Jej pracownicy poinformowali mnie tylko, że tego wieczoru gości u nich prezydent Bronisław Komorowski, więc nie będzie się miał kto mną zająć. Trochę się rozczarowałem, ale w końcu pomyślałem, że nic się takiego nie stało. W nocy spotkałem jeszcze parę Polaków, którzy byli na spotkaniu z prezydentem. Zachowywali się tak wyniośle, jakby spotkali co najmniej Boga. To było dość ciekawe…

Z Paryża droga wiodła mnie na południe, a później ku zachod-niemu wybrzeżu. Niedaleko granicy z Hiszpanią biegłem tuż przy samym morzu, a tuż po przekroczeniu granicy zacząłem kierować się w góry. Była tam jedyna droga, która nadawała się dla mnie i dla wózka, choć miała także pewną wadę — tunele. Było w nich prze-raźliwie głośno. Dźwięk aut odbijał się od ścian i stawał się przez to nieznośnie natarczywy. To był huk jak na lotnisku. Za pierwszym tunelem dopadła mnie obsługa drogi i zmusiła do zmiany trasy. Wyznaczony przez nich szlak był znacznie gorszy — kręty i dość stromy. Wspinał się na szczyty Pirenejów. Wieczorem odczytałem z zegarka wysokość: 650 m n.p.m. Jednak przygody tego dnia nie skończyły się szybko. O zmroku napotkałem jeszcze na drodze samotnego wilka. Poświeciłem w nie-go latarką. — Uciekaj! — krzyknąłem nie bez obawy, ale zwierzak wcale mnie nie posłuchał. Wlepiał we mnie tylko swoje czerwone ślepia. Przyspieszyłem, starając się mieć go stale w zasięgu wzroku.

Na szczęście nie zdecydował się mnie zaatakować. Bestia widocznie wyczuła, że nie będzie ze mną tak łatwo. Miałem wciąż jeszcze sporo siły, nie cierpiałem na żadną kontuzję. Myślę, że wilki to wyczuwają. Po jakichś dwóch godzinach dotarłem wreszcie do parkingu przy schronisku i tam przenocowałem.

Następne dni były dla mnie ciężkie. Strome góry mocno dawały się we znaki. Dotarłem z kajakiem na wysokość ponad 1500 m n.p.m. Madryt ominąłem szerokim łukiem — byłem w promieniu około 8 km od miasta. Rozczarowany paryską ambasadą do madryckiej już nie zadzwoniłem.

Nieźle bolały mnie nogi, a stawy miałem całkiem nadwyrężone. Spojrzałem na mapę w poszukiwaniu rzeki. Jedna z większych w Hiszpanii — rzeka Tag — płynęła około 150 km na południe od stolicy, a prowadziła aż do Lizbony w Portugalii. Ja jednak postanowiłem rozpocząć spływ jak najszybciej. Tego samego dnia odnalazłem dopływ Tagu i tam zwodowałem kajak. Koryto rzeczki było szerokie na 50 m, ale główny strumień był dość wąski, miał około 3 m. Wody było tam niewiele. Co jakiś czas robiło się tak płytko, że kajak szorował o dno.

Na dalszym odcinku rzeki wody nie było już wcale, a szuwary i bagienne krzaki skutecznie uniemożliwiały poruszanie się do przodu. Musiałem zawrócić kajak. Załamany i kompletnie wyczerpany, maszerowałem po płyciźnie, aż wreszcie z trudem wyciągnąłem swój sprzęt na ląd. Straciłem prawie cały dzień. Na domiar złego pod wieczór złapałem gumę. Opona była zupełnie przetarta, a ja nie miałem nawet tyle siły, aby ją wymienić. A przede wszystkim: nie miałem na co ją wymienić. Ciągnąłem więc wózek na samej feldze.

Rano dotarłem do miasteczka El Puente del Arzobispo. Rzeka — tym razem już sam Tag, nie zaś żaden z jego dopływów — płynęła tu w skalnym wąwozie. Regulowała ją niewielka zapora. Podążałem wzdłuż brzegu rzeki, polną drogą, tak by znaleźć mniej strome zbocze. Gdy udało mi się zejść z kajakiem na dół, poczułem ogromną radość i ulgę. Nareszcie! Zupełnie nie spodziewałem się niczego złego i nawet mi się nie śniło to, co miało mnie tam spotkać. Gdy-bym wiedział, w ogóle bym się nie pchał do tej rzeki.

Jedna uwaga do wpisu “Ostatni maraton

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.